Julita

Klaudia pisze…

Pragnę podzielić się moimi doświadczeniami z liderką LLL. Julitka jest ciepłą i sympatyczną kobietą, która dzięki swojej szerokiej wiedzy jak i profesjonalnemu podejściu zyskuje zaufanie pogubionej świeżej mamy. Leżąc w szpitalu po porodzie, pełna obaw i stresu, że karmić nie potrafię, a nawał pokarmu z racji cesarskiego cięcia opóźnia się zadzwoniłam do Julitki po poradę i wsparcie. Jej opanowanie, spokojny głos i cierpliwe tłumaczenia sprawiły, że uspokoiłam się i nabrałam nowej siły do walki o rozwój swojej laktacji. Kiedy syn miał 10 dni uczestniczyłam w pierwszym spotkaniu grupy LLL i było to bardzo budujące doświadczenie. Usłyszałam wiele słów podziwu, wsparcia i wyjaśnień tego z czym sobie nie radziłam. Widok tylu karmiących mam z różnym stażem upewnił mnie, że jestem na dobrej drodze, choć jak wiadomo początki są trudne. Zostały obalone wszelkie mity, którymi zostałam zasypana od rodziny i znajomych dotyczące mojego złego i niedostosowanego do dziecka mleka. Pomoc liderki upewniła mnie, że karmić mogę i warto. Otrzymałam również cenne wskazówki dotyczące rozszerzania diety dziecka. Dziś wiem, że sama bym sobie nie poradziła, a z pewnością moje karmienie synka trwałoby dużo krócej. Uważam, że liderki LLL są bardzo potrzebne młodym mamom, a ich bezinteresowna pomoc powinna być doceniana i promowana. Bardzo dziękuję

Martyna pisze…

Uważam że jesteś zdecydowanie odpowiednią osobą na tym „stanowisku”. Już sama świadomość tego że jest ktoś kto bez wahania będzie mógł pomóc w problemie była dla mnie budująca na początku mojej mlecznej drogi. Spotkania LLL były okazją do rozwiewania różnych wątpliwości, możliwością​ spotkania mam z innymi problemami i ich historiami. Do tego pojawiło się to fajne uczucie, że też chciałabym coś takiego robić a Ty pokazałaś mi jakie są możliwości. Dzięki, że jesteś!

Iwona pisze…

To co dała mi liderka LLL to przede wszystkim pewność siebie, ogromne wsparcie i niesamowitą wiedzę. Comiesięczne spotkania LLL z kobietami o podobnych poglądach były wspaniale, niosły za sobą dużo radości i informacji. Okropnie ubolewam że nie mogę juz w nich uczestniczyć.

Emilia pisze…

Dziękuję bardzo La Leche League za to, że mogłam poprzez spotkania poznać inne mamy karmiące piersią swoje dzieciaczki. Dzięki liderce LLL oraz organizowanym przez nią spotkaniom, pomimo trudności od 15 miesięcy nadal karmimy się piersią  i cieszę się, że nie jestem w tym osamotniona i na spotkaniach LLL mogę spotkać mamy, które podobnie jak ja karmią swoje dzieci powyżej roku. Dzięki LLL wiem, że jest to normalne, a nawet wskazane

Małgorzata pisze…

Spotkania lll były dla mnie okazja do wyjscia z domu, milego spedzenia czasu „przy kawie”, wymiany doswiadczen, uzyskania odpowiedzi na nurtujace pytania oraz wspolnego poszukiwania rozwiazań z innymi mamami i liderka lll. A wszystko to w cudownej, wspierajacej atmosferze, bez zadnego oceniania czy krytykowania

Agata pisze…

Poród był dla mnie mistycznym przeżyciem – ciało mną rządziło, a ja byłam mu posłuszna. Niestety po porodzie dopadło mnie wielkie zwątpienie. Druga doba po narodzinach Synka była krytyczna – on płakał, ja czułam się zostawiona samej sobie, położne w szpitalu na wszelką bolączkę wciskały mleko modyfikowane… Nie wiedziałam, co robić, nie potrafiłam nawet sprawdzić, czy leci mi pokarm. Napisałam do Liderki i natychmiast dostałam odpowiedź – kilka fachowych pytań, a potem słowa, które sprawiły, że popłakałam się, czując ulgę. Jak wielką wagę miały dla mnie Jej słowa, to można sobie tylko wyobrazić Tamto doświadczenie uświadomiło mi, że każda świeżo upieczona mama potrzebuje fachowca, który powie jej, że świetnie jej idzie i doskonale sobie radzi; fachowca, który ugruntuje w przekonaniu, że naturalne jest najkorzystniejsze dla matki i dziecka i że warto w tej sprawie słuchać się instynktu; fachowca, który przypomni o naturalnych fazach początków (i nie tylko) karmienia piersią. Jestem tak bardzo wdzięczna za tamte chwile, słowa i wiem, że jeśli kiedykolwiek miałabym jakiekolwiek watpliwości / pytania, mogłabym je kierować w stronę Liderki, która dla mnie jest jak przewodniczka po meandrach cudownego aspektu macierzyństwa, jakim jest karmienie piersią Dziękuję ogromnie!

Magda

Iza pisze…

Byłam w ciąży, kiedy usłyszałam o LLL. Pomyślałam wtedy – „Fajnie byłoby poznać kogoś kto o karmieniu piersią wie wszystko, nie tylko z teorii, ale przede wszystkim z praktyki”. I stało się. Napisałam do liderki Magdy, a ona z ogromną chęcią zaprosiła mnie do siebie na krótką rozmowę. Ze spotkania wyszłam pewniejsza siebie i z poczuciem, że na pewno uda mi się karmić piersią.

Magda pomogła mi już w pierwszej dobie po porodzie. Doradzała jak poradzić sobie z przystawieniem córki i jak opanować nawał. Na tym pomoc Magdy oczywiście się nie skończyła.

Do dziś dnia spotykamy się regularnie na spotkaniach LLL w towarzystwie innych kobiet karmiących. Każde spotkanie jest dla mnie inspiracją i zachętą do dalszego karmienia piersią. Magda przekazuje nam mnóstwo praktycznych informacji. Na spotkaniach przezwyciężam swoje lęki i umacniam się w swoich postanowieniach. Przy okazji wymieniam doświadczenia z innymi mamami, a moja córka poznaje świat innych dzieci. Spotkania dają mi siłę do działania za co bardzo, bardzo dziękuję!!

Agnieszka pisze…

To ja napiszę tak skrótowo, parę myśli, bo spotkania LLL dają mi bardzo wiele.

Przede wszystkim jest to fantastyczny czas spotkania z innymi mamami oraz ich pociechami.

Poza tym, to możliwość wymiany doświadczeń, cudowny rodzaj wzajemnego wsparcia, podbudowanie wiary w to, że moje działania są słuszne, nie szkodzą dziecku, a mu pomagają.

Jest to dla mnie czas obserwacji innych karmiących mam, wysłuchania ich i podzielenia się spostrzeżeniami. I to dla mnie niezwykle ubogacające i cenne.

To także świetna okazja na wyjście z domu, kontakt Marysi z innymi dziećmi i poczucie wyjątkowości przez te spotkania 😉

Nie umiem pięknie pisać i mówić, więc to chyba tyle.

Justyna pisze…

Hanka – moje pierwsze dziecko – urodziła się prawie rok temu. To był bardzo piękny poród, w 100% naturalny, z cudowną położną. Córa od razu wylądowała mi na brzuchu, złapała pierś jeszcze na sali porodowej. I od tego pierwszego razu miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Bolało.

Bolało na oddziale poporodowym, bolało po powrocie do domu. Położne na oddziale, położna środowiskowa, dwie doradczynie laktacyjne, dwóch lekarzy, babcia. Rany na sutku, zastój, zapalenie piersi. Podać dziecku butelkę. Ja i Hanka w tym wszystkim kompletnie zdezorientowane, ja oczywiście w rozpaczy.

Dostałam kontakt do Magdy. Jako pierwsza zaczęła mnie uspokajać i zwracać uwagę na problem całościowo. Sama dzwoniła i dopytywała, co słychać. Kilka tygodni trwało, zanim wspólnie z innymi liderkami doszłyśmy do tego, co jest grane. Hanka urodziła się z za krótkim wędzidełkiem podjęzykowym i tym pod górną wargą. Tadaaaam! Myślałam, że można odtrąbić sukces. Nie wiedziałam jeszcze, że przede mną kolejne kilka miesięcy poszukiwań lekarza, który skieruje nas na zabieg, czyli miesiące zwątpień, pytań, bolących sutków 🙂 Liczne wizyty u pediatrów, neonatologów, neurologów, laryngologów, foniatrów. Liczne złe diagnozy – za małe sutki, niedorozwój tkanki mlecznej, syndrom raynaud, pleśniawki… ale nie wędzidełko (które na pierwszy rzut oka faktycznie było niewidoczne).

Finalnie wędzidełka zostały przecięte w 11 miesiącu Hanki – namiar na lekarza dostałam od Magdy. Przez ten czas karmienie wspomagałam mlekiem modyfikowanym, bo Hania sama nie była w stanie opróżniać piersi na tyle, żeby produkcja zaspokoiła w pełni jej potrzeby. Po zabiegu też nie udało mi się odstawić butelki, wróciłam już do pracy i nie wytrwałam w zmienianiu nawyków.

La Leche League dziękuję, że mnie nie opuściło, że mnie nie oceniło, że nic mi nie kazało. Że z całym światowym zapleczem, wiedzą i zasobami wspierało mnie w procesie podejmowania moich własnych matczynych decyzji. Że wiedziało, że będzie dobrze, bo jestem mamą, a mama WIE.

To niesamowite, że jest organizacja, która pomaga kobietom odkryć, że do bycia mamą nie potrzeba żadnego produktu. I że bardzo przydaje się wsparcie, które daje w pięknym pakiecie. Daje, nie SPRZEdaje.

Ukłony i oby ta aktywność rozprzestrzeniła się po całej Polsce!

Agnieszka pisze…

Kiedy dowiedziałam się, że zostanę mamą i to na dodatek bliźniąt, nie myślałam o tym, w jaki sposób będę karmić moje dzieci, gdy pojawią się na świecie. Ba, uważałam nawet, że nie ma większej różnicy między karmieniem piersią i sztuczną mieszanką, ot są chyba równoważne. Pierwsze co sprawdziłam w Internecie, to ceny wózków dla bliźniąt, a nie informacje o karmieniu.

Jednak im bliżej porodu, tym bardziej zaprzątał mi głowę temat karmienia piersią. Trafiłam na elektroniczną wersję książki Gugulskiej-Nehring „Warto karmić piersią”. Książkę przeczytaliśmy oboje z mężem (nie powala objętością, więc poszło szybko) i uzgodniliśmy, że zrobię wszystko, żeby karmić piersią nasze bliźniaki. Im więcej czytałam o korzyściach, tym bardziej nastawiałam się, że tylko „cycek” i koniec.

Urodziłam przez cesarskie cięcie w 39 tygodniu ciąży. Dzieci dostały 10 punktów, były duże (3350 i 3580), donoszone i chętnie zassały, gdy pielęgniarki noworodkowe dostawiły mi je do piersi na sali pooperacyjnej. Jeszcze kilka razy mi je przystawiły, ale już na drugi dzień okazało się, że mam pierwsze (i nie ostatnie) powikłania poporodowe. Miałam zespół popunkcyjny, który charakteryzował się potwornym bólem głowy. Nie pomagały żadne leki a ja majaczyłam z bólu. Dzieci były ze mną w dzień, gdy przychodził mój mąż (od 8 rano do 20.00), on je przewijał, mył i dawał mi do nakarmienia. Niestety ból głowy w nocy powodował czasami, że nie byłam w stanie się podnieść, żeby dzieci dostawić, więc dostawały butlę od pielęgniarek. Mimo cesarskiego cięcia mleko przyszło szybko – już na trzeci dzień pojawił się umiarkowany nawał, wyjadany regularnie przez dzieciaki. W dzień starałam się karmić w tandemie, ale udawało się tylko wtedy, gdy ktoś mi pomógł. Pamiętam, że jedna z pielęgniarek noworodkowych powiedziała mi, że nigdy nie uda mi się wykarmić dzieci samodzielnie, a ja pomyślałam, że bardzo, ale to bardzo się myli.

W szpitalu byłam tydzień, cały czas z bólem głowy, do którego doszły bolące i krwawiące piersi. Pielęgniarki sprawdzały, że dzieci przystawiają się dobrze, ale nikt nie wpadł na to, żeby zobaczyć, czy córka, która słabo przybiera, nie ma przypadkiem defektu zwanego krótkim wędzidełkiem podjęzykowym, który powoduje, że karmienie jest bolesne dla matki i ekstremalnie trudne dla dziecka, bo nie potrafi ono efektywnie wymasować językiem mleka z piersi. Oczywiście wędzidełko było przykrótkie, ale o tym dowiedziałam się później.

Gdy zespół popunkcyjny minął, wypisali nas do domu. Piersi bolały mnie coraz bardziej, więc zadzwoniłam do doradcy laktacyjnego. Przyjechała, przywiozła wagę, powiedziała, że bliźniaki należy ważyć, sprawdziła sposób dostawiania i wędzidełko, stwierdziła, że jest ok i pojechała.

Codziennie ważyłam dzieci i cały czas bałam się, że za mało przybierają (z perspektywy widzę, że nie było wcale tak źle), kompletnie uzależniłam się od wagi – co dodatkowo wtrąciło mnie w huśtawkę emocjonalną.

Tymczasem piersi bolały mnie tak, że nie mogłam dzieci wziąć na ręce. Karmiłam i wyłam z bólu, chociaż nie było żadnych ran ani uszkodzeń. Zaczęłam jeździć po lekarzach i doradcach laktacyjnych – nikt mi nie umiał pomóc. W kółko mówili, że to przejdzie albo żebym dała sobie spokój i zaczęła karmić mieszanką.

W nocy płakałam mężowi, że dłużej nie wytrzymam, byłam na skraju załamania nerwowego i tylko jego spokój pozwolił mi jakoś trwać. Mówiłam sobie, że tylko jeszcze jeden dzień pokarmię a potem przestanę. I tak codziennie.

W międzyczasie dzięki temu, że dosłownie błagałam o pomoc, gdzie się dało – również na różnych forach internetowych, trafiłam do La Leche League Polska, a konkretnie do Magdy Karpieni – jej liderki. I telefon do niej rozpoczął żmudną, ale zakończoną pełnym sukcesem drogę diagnozowania moich problemów z piersiami i karmieniem.

Po pierwsze pomogła mi zdiagnozować (pomimo odległości) krótkie wędzidełko podjęzykowe, dzięki materiałom umieszczonym w sieci przez dra Kotlowa z Nowego Jorku – m.in. filmom na YouTube.

Znalazłyśmy w Warszawie dr Pakułę-Raczek, która potwierdziła diagnozę (jest bardzo mało kompetentnych lekarzy w tym temacie w Polsce! Prawie nikt się na tym nie zna, nawet jej uczennica z poradni laktacyjnej, u której szukaliśmy porady, nie umiała rozpoznać wędzidełka.) Jedno szybkie cięcie, trochę płaczu i córka zaczęła normalnie jeść! Ulga w bólu była przeogromna – a miałam za sobą 4 tygodnie nieustannej męczarni. Ale nie był to koniec przygód – ból znów się nasilił i był jeszcze gorszy – padło podejrzenie grzybicy piersi, znów nikt nie miał o tym pojęcia, znów sama i z pomocą Magdy szukałam informacji. Okazało się, że u mam dzieci z przykrótkim wędzidełkiem często rozwija się grzybica. Na amerykańskich stronach LLL podawali, że należy zastosować dwutygodniową kurację Fluconazolem, przy której, według ich doświadczenia, można spokojnie karmić piersią. Jednak wszyscy lekarze prócz dr Raczek podważali te ustalenia, więc musiałam stoczyć bój, żeby dostać lek i nystatynę do pędzlowania buziek dzieciom. Udało się, po tygodniu objawy zelżały i ból, znacznie zmalał, ale niestety nie zanikł.

Tymczasem minął drugi miesiąc od porodu, więc poszłam na kontrolę do ginekologa, który stwierdził podczas badania USG, że zostawił mi fragment tkanki w macicy i ta się nie kurczy. Pytałam, czy to może być przyczyną małej ilości mleka i ciągłego bólu piersi, ale zarzekał się, że nie.

Przepisał mi wyciąg sporyszu, który miał spowodować skurcze i wyrzucenie pozostawionej tkanki, ale niestety w praktyce nie zadziałał jak należy i w efekcie spowodował znów koszmarny ból piersi, nawał i zastój. Nie byłam w stanie karmić, więc ściągałam mleko i podawałam dzieciom w butelce. W końcu w szpitalu usunięto mi pozostawiony przez ginekologa fragment łożyska i błon płodowych, ale macica wciąż się nie kurczyła, piersi bolały, a mleka było moim zdaniem wciąż za mało. Kolejna kontrola i okazuje się, że w macicy zostały skrzepy – kolejna dawka sporyszu i antybiotyk, i kolejna gehenna. Ból odbierał mi zmysły, ale się nie poddawałam.

Jak się okazało na nowo dostałam grzybicy poantybiotykowej piersi i czekała mnie kolejna kuracja Fluconazolem. Po tygodniu mojego chodzenia bez koszuli, wietrzenia piersi, łykania tabletek i wbijania zębów w ścianę, ból zaczął mijać ( trzy miesiące od porodu).

Przez cały ten czas miałam za mało pokarmu. Brałam kozieradkę, piłam Karmi, dużo wody, zaczęliśmy spać z dziećmi, żebym mogła łatwiej karmić w nocy, lepiej wysypiać się i żebym mogła zwiększyć laktację. Nic nie działało wystarczająco. Znów trop z Internetu i diagnostyka ginekologa – okazało się, że mam niedoczynność tarczycy, co może prowadzić do zbyt małej produkcji mleka – pomogła tu niewielka, ale ciągła suplementacja hormonu tarczycy.

Ostatnie dwie rzeczy, które definitywnie zakończyły moje zmagania z bólem i strachem, że nie wykarmię moich bliźniaków, to zdiagnozowanie i wyleczenie przez Magdę Karpienię Zespołu Raynauda oraz stwierdzona insulinooporność (również na podstawie podpowiedzi mam z zaprzyjaźnionego amerykańskiego forum LLL dla rodziców bliźniąt). Przepisanie odpowiedniego lekarstwa spowodowało, że prawie z dnia na dzień poziom produkcji mleka pozwolił mi na odstawienie sztucznej mieszanki.

Gdy piszę te słowa, karmię moje bliźnięta już prawie rok. Jak przez mgłę pamiętam horror czterech pierwszych miesięcy, nieustanny ból, strach, że nie wykarmię i moją rozpacz, że tyle czasu – zanim spotkałam Magdę Karpienię – nikt nie był na tyle kompetentny, żeby mi pomóc.

Dziś karmienie moich dzieci to duma, radość, czułość i bliskość, którą wreszcie mogę się cieszyć. To również zdrowie moich dzieci i ich komfort psychiczny.

Po moich przygodach mam kilka przemyśleń, którymi chcę się podzielić:

problemy mogą występować i u dziecka, i u mamy, a na dodatek nakładać się na siebie, (jak u mnie: wędzidełko, pozostawione łożysko, grzybica, insulinooporność, problem z tarczycą, Zespół Raynauda),

wsparcie Męża było kluczem do sukcesu, znosił dzielnie moje rozpaczliwe wycie z bólu po nocach i zawsze był dla mnie oparciem,

szukałam pomocy do skutku i często na własna rękę, czytając głównie po angielsku, ponieważ po polsku materiałów jest zdecydowanie za mało,

niepotrzebnie dałam sobie wcisnąć wagę – bez niej miałabym mniej cierpienia i strachu, że nie wykarmię dzieci,

odkryłam przerażającą niekompetencję lekarzy i wielu doradców laktacyjnych, których nazwisk miłosiernie tutaj nie wymienię, zarówno w kwestii karmienia, jak i przyjmowania leków podczas karmienia. Usłyszałam od lekarzy słowa: że nigdy „nie wykarmię dzieci”, że „niektóre tak mają”, że „ma boleć”, że ona „sama karmiła tylko 2 tygodnie i pokarm zanikł”, że „lepiej jak dostanę leki na zatrzymanie laktacji”, że „nic nie można zrobić”. Mogę powiedzieć im tylko tyle: uczcie się lekarze, bo wstyd, żeby rozpowszechniać takie bzdury.

– udane karmienie to mieszanina trzech składników: wsparcia, szczęścia, własnej determinacji i WIEDZY.

Gdybym miała coś zmienić:

nie zgodziłabym się na branie wagi do domu,

nie zgodziłabym się na dokarmianie mlekiem modyfikowanym w szpitalu,

przed porodem poszukałabym mądrej położnej/ douli/ doradcy laktacyjnego/ liderki LLL, który byłby moim przewodnikiem i spotkałabym się z nim przed porodem,

poszukałabym karmiącej mamy z mojej okolicy, która mogłaby stanowić wsparcie psychicznie i ewentualnie mogłaby się podzielić swoim mlekiem (choćby odpłatnie), żeby uniknąć dokarmiania moich dzieci mlekiem modyfikowanym,

pracowałabym nad tym, żeby bezwzględnie wierzyć sobie, a nie przemądrzałym przekupom w białych kitlach, które czasem pracują na polskich porodówkach i w przychodniach pediatrycznych.